W obronie poniedziałku.


Bo poniedziałek w sumie jest spoko. Szczególnie, jeśli się nie pracuje. Teoretycznie. Praktycznie, to ja odwalam kawał ciężkiej roboty. Codziennie. Matki tak mają. Wczoraj była niedziela, należałam się, aż bolą mnie gnaty normalnie, jasne... No matki tak mają.
Obecnie jestem na etapie usuwania mięsa z diety. Nie idzie źle. Wczoraj był wegetariański gulasz z ryżem. Powiem Wam, że gotowanie bez mięsa sprawia mi frajdę. Niesamowicie dużo rzeczy można ze sobą pomieszać, a smaki są bardzo, bardzo w porządku. Świat jedzenia bez mięsa jest ogromny, kolorowy, w ogóle podoba mi się o wiele bardziej niż mięsny. Nie będę się tu teraz rozwodzić o innych aspektach tej mojej decyzji, ale ogromnie się cieszę, że w końcu się na to zdecydowałam. Już jakoś dwa tygodnie tak sobie jem, i wcale za mięskiem nie tęsknię. W domu, poza mamą, podjadają, ale jak to mówią, nic na siłę, chociaż na dzieci troszkę staram się wpływać. Moje są, więc mam prawo w końcu. Ale spokojnie, nie jestem takim stricte eko-świrem, więc nie wylądujemy całą rodziną pod jakimś drzewem przykuci łańcuchem. Takie rzeczy to nie u nas.

Dziś obaj moi synowie pojechali do przedszkola. Och ach, co za swoboda. Sprząta się o wiele szybciej, kiedy tuż za mną nie przemieszczają się dwa obiekty, prawie natychmiast przywracające wszystko do stanu sprzed sprzątania. Serio, sprzątanie domu z dziećmi, to jak mycie zębów czekoladą. Do osiągnięcia przez dzieci jakiegoś rozsądnego wieku, to chyba w ogóle nie możliwe. No ale walczę, próbuję.

Zawsze w poniedziałek mam taką chwilę rano, taki zachwyt z tej ciszy. Chłonę spokój. A potem włączam muzykę. A potem robię „O kurde!” Bo się okazuje, że trochę mi zleciało na tym napawaniu. Potem zmywanie, gotowanie, itp., zlatuje jeszcze szybciej. Dobrze, że nie oglądam „trudnych spraw”, bo serio musiała bym z czegoś rezygnować. Oj chociaż obiadokolacja to też u nas żadna nowość. Ja w ogóle jestem zdania, że wokół jedzenia powstał jakiś ogromny kult. Mi się nie podoba. Nie ma też siły, która zmusiła by mnie do robienia codziennie, czy prawie codziennie, obiadu z dwóch dań. To jest w ogóle część planu zatrzymania kobiet przy garach na dłużej, żeby nie miały czasu czytać, żeby dłużej potem zmywały, częściej myły kible, po to, te dwa dania są. Moja kuchnia dwa dania serwuje tylko w grubsze święta (grubsze!!), oraz czasem przypadkowo, kiedy zupa z dnia poprzedniego przetrwała w lodówce, ale jest jej za mało, żeby wykarmić wszystkich i muszę gotować. Wtedy, i tylko w sumie wtedy, uświadczysz u nas dwa dania. Jak tak patrzę, to nie widzę, żeby specjalnie komuś to przeszkadzało, a jest też zazwyczaj co przegryźć.

No tak, a wracając do poniedziałku. Ja to w sumie w poniedziałkowe przedpołudnie mam niedzielę. Mogę usiąść na fotelu z kawą, nikt nie atakuje, nie próbuje podpić, nikt nie wpada w histerię bo się podpić nie udało. Moja i tylko moja kawa, aż mi dziwnie, tak wiecie, aż niepoprawnie. Matki tak mają. Ale to też przez społeczeństwo, które myśli, że kobieta w chwili porodu traci wszystkie swoje pasje, wariactwa, dziwactwa, ekscentryzmy i staje się robotem zaprogramowanym tylko na przetrwanie siebie i dziecka. Okropność. No ale o tym też nie teraz. Teraz to w ogóle muszę już skończyć, bo samo się nie zrobi. Pies piszczy pod furtką, chce wyjść. Kot wpadł do domu głodny, krzyczy na mnie. 

Więc do wtorku! 


 

Komentarze